 
|
Kryzys to pojęcie względne
Wraz z końcem roku zakończyła się polska prezydencja w Unii Europejskiej. Jak Pan ocenia nasze przewodnictwo?
Przygotowania do prezydencji odbywały się z dużym medialnym rozgłosem. Koszty, które ponieśliśmy w 2010 r. i w 2011 r. w ramach przygotowań wyniosły kilkaset milionów złotych. Tymczasem w czasie prezydencji nie udało się Polsce zorganizować żadnego posiedzenia Rady Europejskiej. A prezydencja powinna sprowadzać się do tego, że w jej trakcie prezydent i premier winni naprzemiennie pełnić urząd w ambasadzie polskiej w Brukseli, aby w ten sposób kierować pracami Komisji Europejskiej. I to nasz premier czy prezydent powinien spowodować zwołanie posiedzenie Rady Europejskiej w Polsce, czego nie zrobił. To prezydent lub premier powinien wzywać na dywanik pana Baroso, szefa Komisji Europejskiej, czyli głównego ciała rządzącego UE, tak jak wzywany jest rząd przez dany parlament krajowy. Ani razu na rozmowy dotyczące tego, czym zajmuje się i czym ma się zajmować Komisja Europejska nie zaproszono sekretarza generalnego czy też jego urzędników.
Państwa, które mają prezydencję ustalają dwa czy trzy wiodące sprawy, które mają załatwić: najczęściej jeden temat dotyczy tego problemu kraju prezydencji, a dwa ogólne - UE. My ambicjonalnie nie wzięliśmy żadnego tematu do załatwienia dla Polski. To było takie ciche pozbycie się problemów, bo jeżeli by się postawiło taki temat, choćby dopłaty rolnicze, to trzeba by go było załatwić i w związku z tym szarpać się z Komisją Europejską, tupać nogą. Tymczasem możemy co najwyżej rozliczać nasz rząd z ilości spotkań, z wydatków na dodatkowych urzędników, z tego, co oni zrobili. I takie pytania oczywiście padną w Sejmie.
Z wydźwięku europejskiego i krajowego wynika, że była to mdła prezydencja, nastawiona na to, aby ją przeżyć, nie stworzyć żadnych kłopotów i tak zorganizować, żeby nie było z czego rozliczać.
Ubiegły rok upłynął pod hasłem kryzysu w strefie euro. Czy w związku z dużą niepewnością dotyczącą wypłacalności niektórych krajów strefy euro, grozi jej rozpad?
Strefa euro została przyjęta na siłę przez państwa wiodące czyli Francję i Niemcy. Dla wielu krajów otworzyło to drogę do gwałtownego zadłużania się, ponieważ chłonność rynków na środki finansowe stała się dużo większa. Grecja czy Portugalia chwaliły się dynamicznym rozwojem - to tak, jakby wybudować piękny pałac, na którego utrzymanie nie ma pieniędzy. W skutek wprowadzenia euro powstały w UE twory sztucznie bogate, a tak naprawdę niezwykle biedne. Można porównać je do biznesmena, który wziął w leasing mercedesa za kilkaset tys. zł, bogato wyposażył lokal, a jego działalność polega na tym, że szuka od kogo by tu jeszcze pożyczyć pieniądze. Przez takie funkcjonowanie niektórych państw doszło do potężnego krachu w UE. Niestety działania, które są obecnie podejmowane nie zatrzymają kryzysu i nie zamienią w krótkim czasie w boom gospodarczy. A dodatkowe pieniądze, prawie 25 mld zł, które ma przekazać Polska, w moim przekonaniu są absolutnie bezsensowne. Spowodują zwiększenie limitu zadłużenia tych krajów, którego nadal nie będą w stanie spłacać swoich długów, bo nie chcą zmusić się do wyrzeczeń. Porównując Grecję i Polskę, to w obu krajach ceny produktów spożywczych w przeliczeniu na euro są podobne. Natomiast najniższa emerytura w Grecji wynosi 2200 zł, a w Polsce 740 zł. Każdy emeryt w Grecji ma zapewnione przez państwo dwa tygodnie darmowych wczasów. A to nam wmawiano, że w ramach UE mamy najbardziej rozbudowany system socjalny. Jeśli mamy pomóc, to musimy widzieć, jak te kraje będą oszczędzać i czego, w związku z tym, się wyrzekną. W związku z tym, że nie jesteśmy w strefie euro nie musimy tego robić i nie powinniśmy.
Zatem Polska nie powinna spieszyć się z przyjęciem euro?
Strefa euro w ciągu dziesięciu lat nie wyjdzie z kryzysu. A my, dzięki posiadaniu własnej waluty, która jest płynna, możemy postawić bariery napływu i odpływu kapitału i kontrolować przepływy naszych pieniędzy do banków zachodnich. Nie powinniśmy się spieszyć do strefy euro, dopóki nie wyjdzie ona z kryzysu i nie ustabilizuje się wewnętrznie. A po drugie - nie powinniśmy przyjmować euro, w momencie, kiedy mamy do czynienia z rozbieżnością potencjału finansowego. Od 1 stycznia minimalna płaca w Polsce wynosi 1500 zł, czyli 320-330 euro, a w Niemczech ok. 2 tys. euro. Mając własną walutę możemy się szybciej odbudowywać, ekonomicznie dorównać innym krajom. Słowacja czy Czechy, które przyjęły euro, stały się przez to biedniejsze.
Ale chociażby budżet na 2012 r. i przyjęte w nim wskaźniki, jak podkreśla rząd, ma wyraźne ślady kryzysu w strefie euro.
Uczestniczę w działalności publicznej od 30 lat, i zawsze słyszę, że są kłopoty. Kilkanaście lat temu wizytowałem wybory samorządowe w Danii. Sytuacja w tym kraju wtedy była lepsza niż nasza teraz, a jaki był płacz i narzekanie w tych samorządach, że mało mają pieniędzy na inwestycje. Nasze życie polega na tym, że stawiamy sobie coraz nowe cele. Zatem zawsze będziemy w kryzysie potrzeb. Patrząc z takiego punktu widzenia, nie może się żadna władza tłumaczyć kryzysem. Jeśli nie ma wojny, totalnych zniszczeń, to kryzys jest pojęciem względnym, często stosowanym aby ukryć nieudolności i błędy rządzących. Kryzys wynika z nieroztropności, pochopnego zaciągania kredytów, życia ponad stan za pieniądze, których dane państwa nie posiadają ale je pożyczają. Społeczność rozpędzona euforią coraz większych oczekiwań toleruje nieroztropność władzy.
Prognozy dotyczące gospodarki nie są zbyt optymistyczne. Ekonomiści zauważają, że rosnącym kosztom życia nie będzie towarzyszył odpowiednio silny wzrost płac, przez co realne dochody konsumentów będą się kurczyć. A wzrost PKB zakładają w granicach 2-3%.
Polska gospodarka jest na takim poziomie rozwoju, na jaki stać społeczeństwo. Bierze się to z potrzeb rynkowych wynikających z doganiania świata. To, że u nas PKB jeszcze wzrasta spowodowane jest tym, że wyszliśmy z dołka postkomunistycznego. Eksport stale utrzymuje się na poziomie powyżej 100 mld euro, nasze ceny są atrakcyjne dla zagranicznych kontrachentów, a niższe koszty pracy powodują, że opłaca się u nas instalować fabryki.
Natomiast od odważniejszych decyzji rządu, czasami trochę ryzykownych w stosunku do społeczeństwa i gospodarki, zależy, czy osiągniemy rozwój PKB na poziomie 5%, który jest potrzebny, żeby szybciej dopędzać Europę. Tymczasem rząd PO-PSL jest niezwykle asekurancki, podejmuje decyzje nie pod potrzeby kraju ale pod media, tak aby być jak najmniej krytykowanym. Dla nich liczy się przetrwanie władzy a nie interes Polski.
Samorządy też będą w tym roku ostrożne jeśli chodzi o wydatki. Wszystko przez zarządzenie ministra finansów dotyczące zasady obliczania długu publicznego. Jeśli np. chodzi o budżet Siedlec, to przy wcześniejszej ocenie zadłużenie nie przekraczało 30% długu publicznego Natomiast po zmianie wzrosło o 15-20%...
Dług publiczny to nie tylko dług ministra finansów, ale wszystkich instytucji publicznych w Polsce. Minister finansów chce w ten sposób zmusić samorządy do oszczędności i zmniejszenia zadłużenia, ale to odbija się na tych, które nie wypchnęły go w górę. Natomiast te samorządy, które po zmianach weszły w 60-65% zadłużenie, wcale nie są podawane w stan upadłości. Minister chce po prostu skorzystać na tych, które były zaradniejsze i unikały dużego zadłużenia. Trzeba jednak pamiętać o tym, że z prawie 900 mld zł długu publicznego, tylko ok 70 mld zł są to długi samorządów. Hamując rozwój społeczności lokalnej minister finansów nie robi dobrze, bo zadłużenia samorządów nie wpływają w znaczącym stopniu na dług publiczny. Spowoduje to spadek ilości inwestycji lokalnych i zahamowanie rozwoju gospodarczego.
W tej chwili odbywa się w Polsce wirtualna próba wychodzenia z długu publicznego. Nie podejmujemy realnie wysiłku zmniejszenia zadłużenia, co oznaczałoby jego spłatę. Do tego potrzebna jest szczera rozmowa ze społeczeństwem: na co te pieniądze poszły, a na co zostały nieracjonalnie wydane i na czym możemy oszczędzić. Jak uczciwie rozłożyć na przedsiębiorców i obywateli koszty tych spłat. Rząd premiera D. Tuska nawet nie próbuje takiej uczciwej rozmowy narodowej bo musiałby ciężko procować.
Jednym z marzeń mieszkańców regionu jest dokończenie budowy autostrady A-2...
Moim osobistym, wieloletnim celem była budowa obwodnicy Mińska Mazowieckiego. W 2000 r. jako wiceminister podpisałem decyzję o rozpoczęciu tego przedsięwzięcia. Pierwsze środki na przygotowanie planu lokalizacyjnego wprowadzono do planu inwestycji Dyrekcji Generalnej Dróg Krajowych w 2001 r., a zakończenie budowy nastąpi w 2012 r. Są to więc inwestycje wieloletnie. Obecnie pilne staje się przedłużenie tego odcinka autostrady do Konika co uczyni ją także obwodnicą Dębe Wielk. Z punktu widzenia regionalnego jest to niezwykle ważne zadanie, które będę pilotował. Ważną lokalną inwestycją, której realizację miejmy nadzieję uda się rozpocząć w tym roku, jest połączenie Siedlec południowych z północnymi, czyli budowa tunelu pod torami na przedłużeniu ulicy Kilińskiego. Wartość inwestycji to blisko 80 mln zł. Udało się wprowadzić część tych kosztów w środki unijne w ramach przebudowy kolei. Wykonanie tunelu w stanie surowym należy do kolei, natomiast budowa infrastruktury drogowej będzie leżała w gestii miasta. I to na pewno będzie duży wysiłek dla siedleckiego samorządu ale ważny dla rozwoju miasta. Rozwój będzie promieniował miejscami pracy na cały nasz region.
Jednym z najważniejszych z tegorocznych wydarzeń w kraju będą Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Czy wybiera się Pan na jakiś mecz?
Nie jestem zapalonym kibicem, oglądanie meczów traktuję jako relaks. W gronie moich kolegów parlamentarnych jest wiele osób dynamiczniej żyjących sprawami sportu. Podjąłem więc decyzję, że w czasie mistrzostw wezmę na siebie więcej obowiązków parlamentarnych.
|
|